Część 1: Letter From Silent Heaven
Prolog
Według współczesnej psychologii, po utracie bliskiej osoby, każdy człowiek (lub przynajmniej większość) przechodzi przez siedem etapów związanych z psychologicznymi procesami, jakie następują po tak tragicznym wydarzeniu.Pierwszym jest szok, czyli moment, w którym nie czujemy żadnych emocji, i w którym dochodzi do zatrzymania wszystkich naszych procesów psychologicznych oraz racjonalnego myślenia. Drugim etapem jest dezorientacja, w której człowiek zostaje zaabsorbowany wyobrażeniami o zmarłym. Często może mu się wydawać, że widzi lub słyszy utraconą osobę. Trzecim są gwałtowne emocje, tj. pobudzone, chaotyczne działania bez poglądu na rzeczywistość. Podczas czwartego etapu czujemy winę, przez co wypowiadamy oskarżenia pod swoim adresem. Samotność i poczucie straty występują jako piąte. Gniewna irytacja towarzyszy wtedy odczuciu obecności ludzi jako drażniącej. Przedostatni etap to ulga, kiedy to powraca racjonalne myślenie. Rzeczywistość zostaje postrzegana jako siła, a alternatywny świat jako słabość. Ostatnim etapem jest powrót do równowagi - pogodzenie się i akceptacja stanu straty, powrót do normalnej codzienności życia.
Nadzieja jest rzeczą ludzką i każdy z nas miewa w swoim życiu momenty, gdy zaczyna wierzyć w coś, co jest z góry skazane na niepowodzenie. To, jak mówi sama psychologia, jest naturalną, obronną reakcją naszego umysłu.
Poranne światło obudziło mnie, przebijając się przez materiał zasłon. Niechętnie otworzyłem oczy, by spojrzeć na blado-zielony sufit i rozpocząć kolejny, monotonny dzień. Każdy zaczynam tak samo - najpierw wykonuję zwykłe, ludzkie czynności, a potem idę do pracy. Pracuję jako urzędnik w pobliskim Urzędzie Miasta, gdzie codziennie spędzam od sześciu do ośmiu godzin. Mimo tego, że jest to siedząca robota, która ogranicza się jedynie do podpisywania papierów i podbijania ich pieczątkami, wykonuję ją bardzo szczegółowo. Chyba jest to próba zamglenia moich życiowych problemów, z którymi przyszło mi się zmagać. Od dłuższego czasu dręczą mnie wspomnienia z przeszłości. Wiem dokładnie, co się wydarzyło, ale dzięki moim staraniom, na tyle dobrze je zagłuszyłem, że nie dopuszczam ich do mojej podświadomości. Czasami nawet zapominam, o czym tak naprawdę chcę zapomnieć.
Teraz została mi tylko praca. Gdyby nie ona to zupełnie zatraciłbym się we własnej rutynie. Jeszcze do niedawna wieczory spędzałem w przypadkowym barze albo klubie, upijając się do nieprzytomności. Nie to, żebym był alkoholikiem, bo prawdę mówiąc, alkohol mnie obrzydzał. Rok temu zdałem sobie sprawę, że już mi nie pomaga. Nawet kawa zaczęła działać na mnie usypiająco, dlatego teraz ograniczam się do zwykłej herbaty z cytryną.
Dzisiaj wieczorem przeniosłem swoją papierkową robotę do domu, by zamiast - tak jak zwykle, nie zabijać czasu, siedząc przed telewizorem. Przynajmniej zrobię coś pożytecznego i otrząsnę się z melancholii, która zazwyczaj dopada mnie o tej porze dnia. Jednak dzisiaj jest inaczej. Czuję, jakby otaczała mnie jakaś dziwna aura, jakby coś miało się zaraz wydarzyć, coś ważnego. Zaniepokojony złapałem się za głowę i oparłem łokieć na biurku. Nie mogąc otrząsnąć się ze złości, która mną targała, popatrzyłem na deszcz za oknem, by chwilę później wyciągnąć album ze zdjęciami, które tylko niepotrzebnie doleją oliwy do ognia. Zostały zrobione trzy lata temu, kiedy to...Całe szczęście, że natłok moich myśli przerwał odgłos pukania do drzwi. Niepotrzebnie bym się tylko rozkleił...Powracając do teraźniejszości, zdziwiłem się, bo rzadko miewam gości, czasami mam wrażenie, że nawet listonosz zapomina tutaj przyjść. I w dodatku ta późna pora. Ktoś musi mieć naprawdę ważny powód, aby przychodzić tutaj po nocach. Nie zastanawiając się zbyt długo, poszedłem w kierunku drzwi.
Zaciekawiony osoby kryjącej się za drzwiami, energicznie pociągnąłem za zimną klamkę. Chłodny wiatr gwałtownie wleciał do pokoju, wywołując dreszcze na całym moim ciele. Moje zdziwienie tylko przybrało na wadze, kiedy okazało się, że na zewnątrz nikogo nie ma. Rozglądałem się na boki, ale tam widniała tylko ulica przesłonięta mżawką. Zapewne ktoś robi sobie jakieś żarty. Nic dziwnego, sam tak robiłem w wieku dziesięciu lat. Miałem już zamknąć drzwi, kiedy to dostrzegłem kopertę na starej wycieraczce, na której, zamiast - tak jak kiedyś widniał napis "Welcome" - teraz z biegiem czasu zamazały się dwie litery, tworząc napis "We com". Biała koperta zrobiła się szara od wody, więc musiała leżeć tu już przez dłuższy czas. Zaskoczony jej obecnością, podniosłem i przyjrzałem się jej z bliska. Gdy zobaczyłem napis na kopercie, o mało nie upuściłem papieru z powrotem na mokre podłoże - na odwrocie widniało imię "Mary". Myśli spłynęły po mnie jak lód, fala smutku zalała moje serce, a ręce zaczęły samoczynnie się trząść. Wszystkie wspomnienia do mnie wróciły. Jakby nagle ktoś zbił taflę lodu, za którą wcześniej się ukrywałem. Jednak wciąż nie dopuszczałem ich do świata rzeczywistego. Oszalałbym z emocji. W pośpiechu zamknąłem drzwi i poszedłem osuszyć kopertę nad kominkiem.
Ku mojemu zdziwieniu napis na papierze nie rozmazał się od wody, a koperta szybko wyschła. Pełen niezrozumiałej nadziei otworzyłem ją i ujrzałem list, na którym widniała treść napisana bardzo dobrze znanym mi charakterem pisma:
W moich niespokojnych snach,
Widzę to miasteczko,
Silent Hill.
Obiecałeś, że zabierzesz mnie
Tam z powrotem pewnego dnia,
Ale nigdy tego nie zrobiłeś.
Dlatego teraz jestem tam sama...
W naszym "specjalnym miejscu"...
Czekając na Ciebie...
Czytając te słowa, ogromny żal złapał mnie za serce. Czy to jest w ogóle możliwe? To musi być jakiś żart! Te pismo...Czy to na prawdę ty, Mary? Straszny chaos ogarnął mój umysł, przestałem racjonalnie myśleć. To tak, jakby nagle niewidzialna i tłumiąca aura pękła pod ciśnieniem napływu emocji. Dopadła mnie straszna desperacja. Co powinienem zrobić? Z jednej strony czuję, że muszę tam pojechać, jakby od tego zależało moje życie, ale z drugiej strony boję się, że już nigdy nie zobaczę Mary. Przecież nie mam nic do stracenia...A jeżeli to jest jedyna okazja, by ja odzyskać, to muszę z niej skorzystać. Płomień nadziei pojawił mi się przed oczami. I to dzięki temu płomieniowi podjąłem decyzję. Rzuciłem się na telefon i zadzwoniłem do mojego szefa. Odebrał po drugim sygnale, co dla mnie trwało wieczność. Wbrew pozorom od razu zgodził się, abym wziął urlop. Chyba w końcu dostrzegł jak bardzo staram się w pracy. Tylko czy jest to odpowiednia decyzja? Nie mam pewności co do autentyczności tego listu...Jednak doskonale rozpoznaję ten charakter pisma i dobór słów. Silent Hill...Muszę tam pojechać i odnaleźć mary. Ona czeka tam na mnie. Nie mogę pozwolić sobie na tak bezczynne siedzenie tutaj. Wziąłem tylko z szafki starą mapę miasteczka i zdjęcie Mary z albumu. Porwałem z komody kluczyki od samochodu, i nie zważając na nic, wybiegłem z domu. Nie pamiętam nawet, czy zamknąłem drzwi.
*
Kiedy w końcu się otrząsłem, byłem już niedaleko kresu drogi, więc postanowiłem zrobić sobie mały postój na moście prowadzącym bezpośrednio do miasteczka. Przez ostatnie dwa dni bez przerwy jechałem, co kompletnie mnie wykończyło. Niemal ciągle padało, tak, jakby niebo stało się odzwierciedleniem mojej duszy. Teraz nieznacznie się przejaśniło, a powietrze pokryły promienie słońca. Wysiadając z samochodu, spostrzegłem, że droga jest zamknięta. Zablokowana była wielką kratą, uniemożliwiającą dalszy przejazd. Postanowiłem więc, że pójdę już na pieszo przez las, który prowadzi na drogę do Silent Hill. Zanim to zrobiłem, udałem się do toalety, która znajdowała się tuż obok.
W środku panowała kompletna cisza, a zapalone światło świadczyło o tym, że ktoś tu przed chwilą był. Niezbyt duże pomieszczenie sprawiało wrażenie zaniedbanego. Zanieczyszczone do granic możliwości pisuary, tylko utwierdziły mnie w tym przekonaniu.
W brudnym lustrze jak zwykle zobaczyłem średniego wzrostu mężczyznę w blond włosach, tym razem ubranego w zwykłe, niebieskie dżinsy oraz ciemnozieloną kurtkę marki M-1965 Field Jacket. Wziąłem tak głęboki wdech, że poczułem zawroty głowy, po czym ponownie spojrzałem w lustro.
Zielone oczy mężczyzny w odbiciu okazywały tylko jedno pytanie:
- Mary...Czy ty na prawdę jesteś w tym mieście?
Ze zdziwieniem rozejrzałem się dookoła. Nie wiem dlaczego, ale pomieszczenie zdawało się być inne, niż w chwili, gdy tu wchodziłem. Dopiero teraz dostrzegłem panujący tutaj chaos. Na wszystkich ścianach widniały napisy o niezrozumiałej dla mnie treści, jak i różnego rodzaju kartki z reklamami. Moją uwagę szczególnie przykuł plakat tuż obok wyjścia. Reklamował on nocny klub Heaven`s Night. O dziwo nazwa wydawała mi się znajoma.
Powietrze na zewnątrz również się zmieniło. Z nieba zniknęło słońce, a w zamian pojawiła się gęsta mgła. Przesłaniała ona całą panoramę jeziora Toluca, nad którym położone jest miasteczko Silent Hill. Chcąc zebrać myśli, podszedłem do barierki, by przyjrzeć się ciszy, jaka unosiła się nad wodą. Mimo tego, że jezioro znajdowało się bardzo daleko od punktu obserwacyjnego (na którym się znajdowałem), poczułem na twarzy bijącą od niej chłodną bryzę, która otrzeźwiła moje myśli.
Dostałem list. Na kopercie widnieje imię "Mary". Imię mojej żony...To niedorzeczne, to nie może być prawdą. Własnie uświadomiłem sobie, że martwi ludzie nie mogą pisać listów...Mary umarła trzy lata temu z powodu tej cholernej zarazy. Więc czemu jej szukam?
Nasze "specjalne miejsce"...Co to może oznaczać? To całe miasteczko było naszym specjalnym miejscem. Czy ma na myśli park nad jeziorem? Spędziliśmy tam cały dzień, tylko we dwoje patrząc na wodę. Czy Mary może na prawdę tam być? Czy ona na prawdę żyje...i czeka na mnie? Początkowo uznałem to za jakiś głupi żart. Jednak czy ktoś mógłby być tak chory i pozbawiony uczuć, żeby zrobić coś takiego? Tak bardzo chciałbym znowu ją zobaczyć, dotknąć, pocałować, usłyszeć jej głos czy chociażby spędzić z nią trochę czasu. Zrobiłbym dosłownie wszystko.
Nie zwlekając, natychmiast ruszyłem przed siebie. Skręciłem w prawo, kierując się kierunkiem wskazanym przez znak z napisem "Toluca Lake". Schodząc po schodach, kątem oka znowu dostrzegłem kratę zagradzającą dalszy przejazd, tyle że tym razem było tam coś, czego wcześniej nie zauważyłem. Tak samo, jak na mojej wycieraczce z napisu "Welcome" odkleiły się tam dwie litery. Przywołało mi to na myśl list od Mary. Być może ten znak jest jakąś nadzieją? Nadzieją, która daje mi siłę, by kroczyć ku nieznanej mi przyszłości.
Posługując się mapą, najpierw przeszedłem przez las, następnie przez pobocza. Po drodze nie napotkałem żadnej żywej duszy. Tylko ciągle jakbym słyszał kroki za moimi plecami. Zupełnie jakby ktoś mnie śledził, czekając tylko na chwile mojej nieuwagi, by zaatakować. Kiedy się odwracam bądź zatrzymuję, odgłos przypominający szuranie o ziemię, ustaje. Zrezygnowany już którąś z kolei próbą wypatrzenia źródła tego dźwięku, uznałem to tylko za moją wyobraźnię. Jedyną żywą istotą, która przy mnie była to mgła, która zdawała się coraz bardziej gęstnieć, tym samym tworząc białą poświatę wokół drzew.
Szybkim krokiem pobiegłem w kierunku bramy prowadzącej na cmentarz. Otwarta przestrzeń za nią przytłoczyła mnie swoją wielkością, przez co nie mogłem znaleźć drogi. Błądząc przez kilka minut, w końcu natrafiłem na człowieka. Dziewczyna przykucnęła przy jednym z nagrobków i przyglądnęła się wygrawerowanemu tam napisowi. Podszedłem do niej, z zamiarem spytania o drogę.
- Przepraszam... - zagaiłem.
Odwróciła się nagle, przestraszona, krzycząc z przerażenia.
- Yyy, przepraszam...Ja, ja...ja tylko...- odsunęła się od grobu i popatrzyła na mnie zakłopotanym wzrokiem.
- Spokojnie. Nie chciałem Cię przestraszyć. Chyba się zgubiłem.
- Zgubiłeś? - odpowiedziała ze zdziwieniem w głosie, tym samym przechylając głowę w bok. Na jej młodej, ale zniszczonej życiem twarzy pojawiła się zmarszczka. Ubrana była nawet w stary, biały golf i ciemnoczerwone spodnie. Wyglądała na 20 lat.
- Tak, szukam Silent Hill. Czy to właściwa droga? - wskazałem kierunek, kryjący się za mgłą.
- Hmm, tak...Nic nie widać przez tą mgłę, ale jest tylko jedna droga. Trudno ją przeoczyć.
- Dzięki - zacząłem oddalać się we wskazany kierunek.
- Ale...- zatrzymała mnie głosem.
- Tak?
- Myślę, że lepiej będzie, jeśli będziesz się trzymał z daleka. T-to hmm...to miasto...coś jest...z nim "nie tak". Trochę to trudne do wytłumaczenia, ale...
- Czy jest tam niebezpiecznie? - przerwałem jej.
- Może...- zaczęła rozglądać się dookoła i mówić szeptem - I nie chodzi tylko o mgłę...Tylko...
- Dobrze, rozumiem. Będę ostrożny - odwróciłem się, chcąc odejść.
- Ja nie kłamię!
- W porządku, wierzę Ci. Chodzi tylko o to...że tak na prawdę nie obchodzi mnie czy jest tam bezpiecznie czy nie. I tak pójdę do miasta.
- Ale dlaczego?
- Szukam...kogoś - usłyszałem w moim głosie smutek.
- Kim, kim jest ta osoba?
- Kimś...bardzo ważnym dla mnie. Zrobiłbym wszystko, by móc znowu z nią być.
- Ja też. Szukam mojej mamy...to znaczy mojej matki. Tak dawno jej nie widziałam - najwyraźniej pogrążyła się w jakiejś myśli - Myślałam, że mój ojciec i brat są tutaj, ale ich również nie mogę znaleźć... - podeszła z powrotem do grobu - Przepraszam...To nie Twój problem.
- Nie, ja...- podszedłem do niej z odruchem współczucia. To, że szuka ich na cmentarzu, musi oznaczać, że nie żyją. A może się mylę? -...ja mam nadzieję, że ich odnajdziesz.
- Tak, Ty też - jej słowa zakończyły naszą rozmowę.
Udałem się w kierunku wyjścia ze cmentarza. Teraz tylko kawałek drogi i będę już w miasteczku. Po drodze zauważyłem nawet kilka samochodów. Niestety w żadnym z nich nikogo nie było. Przyspieszyłem kroku, bo znowu zacząłem słyszeć te dziwne dźwięki sprzed dziesięciu minut.
Męczący bieg przerwała bramka z napisem "NIEBEZPIECZEŃSTWO! TRZYMAĆ SIĘ Z DALEKA!". Przypomniały mi się słowa tej dziewczyny. Ale co tak naprawdę miała na myśli mówiąc, że jest tu niebezpiecznie? Przecież to tylko zwykłe miasteczko wypoczynkowe. Byłem tu już kiedyś i wręcz przeciwnie - to spokojne miejsce, pełne radości, nawet ludzie tutaj mieszkający, chętnie pomagali innym. Więc o co może chodzić? Chcąc się przekonać, przeszedłem przez bramkę. Znalazłem się teraz na poboczach - rozpoznałem znajome mi już uliczki i zabudowanie ze starych lat. Z powietrza biła dziwna aura. Gęsta, pełna niepokoju, jakby zaraz miało się coś wydarzyć. Uczucie podobne do ciszy przed burzą.
Kiedy w końcu dotarłem na główną drogę, zerknąłem na mapę, by obrać właściwy kierunek, prowadzący prosto do Parku Rosewater. Jeżeli się nie mylę, to tam Mary powinna na mnie czekać. Najdziwniejsze było jednak to, że jedyną osobę, jaką dotąd spotkałem, była tamta dziewczyna na cmentarzu. Miasto świeciło pustkami. Ustał także śledzący mnie dźwięk. Co się tutaj wydarzyło? Czy ludzie, którzy tutaj mieszkali, opuścili to miejsce? Jeszcze trzy lata temu było tu pełno życia. Może gdy pójdę w głąb miasta to kogoś spotkam...Podążając tą myślą, skręciłem w prawo, w kierunku skrzyżowania. Ulżyło mi, gdy zobaczyłem palącą się sygnalizację świetlną. Ta pustka...może to przez tą mgłę ludzie ukryli się w domach? Może po prostu taki jest tutaj zwyczaj. Inaczej przecież nie byłyby zapalone.
Moje myśli przerwał czerwony znak na jezdni. Krew? Podszedłem bliżej, gdy nagle kątem oka dostrzegłem oddalający się, niewyraźny cień, o posturze człowieka. Pobiegłem w tamtym kierunku, ale przez gęstą mgłę ledwo co widziałem. Podążając za strugami krwi, nie zważając na strach, dotarłem do jakiegoś wyłomu w ceglanej ścianie. Nieprzyjemną ciszę przerwał szum radia w tle. Leżało one na stercie kartonów za popsutym, drewnianym płocie. Przeszedłem przez niego i wziąłem do ręki metalowe urządzenie. Usłyszałem wydobywające się z niego niewyraźne dźwięki, jakby słowa. Potrząsnąłem nim, bo najwyraźniej było zepsute. Ale kiedy próbowałem zmienić stację, w rogu pomieszczenia zobaczyłem coś, przez co na chwilę przestało bić mi serce. Martwy człowiek, a tuż nad nim pochylający się ku niemu potwór. Kiedy poczuł moją obecność odwrócił się ku mnie i zaczął się przybliżać. Teraz zobaczyłem go w całej okazałości. Wyglądem przypominał człowieka, jednak ten pokryty był brązowo-białą, świecąca skórą, a ręce miał jakby przytwierdzone pod nią przy brzuchu, przez co wyglądał, jakby był owinięty w kaftan bezpieczeństwa. Nie miał twarzy ani włosów, wydawał tylko z siebie dziwny, nieokreślony odgłos.
Przerażony cofnąłem się o krok i wyrwałem kawałek deski z gwoździami z płotu. Gdy mnie i potwora dzieliła już mała przestrzeń, zamachnąłem się z całej siły i uderzyłem go prosto w głowę. Upadł na ziemię po pierwszym uderzeniu, a ja zszokowany oparłem się o ścianę. Pochyliłem się nad kreaturą, by przyjrzeć się jej z bliska.
- Czy to jest martwe? Co to jest do cholery? - usłyszałem własny głos.
Może nie powinienem lekceważyć słów tamtej dziewczyny. Może powinienem po prostu wrócić do domu i zapomnieć o tym wszystkim? Ale nie mogę żyć bez Mary...Tak daleko już zaszedłem, nie mogę się poddać. Co jeśli jest tu ich więcej? Skończę jak ten człowiek tutaj...Nie, nie pozwolę na to. Muszę ją odnaleźć, dopiero wtedy opuszczę to miasto. A jeżeli nie...Sam ze sobą skończę w tym miejscu. Klif za kratą obok zaczął wydawać się teraz taki kuszący...
c.d.n.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz